"Odwaga miłości" oraz o komórce

18 maja br. z uwagą wysłuchałem telewizyjnego wywiadu z Claude Lelouchem,  w związku z nowym 
filmem tego wybitnego reżysera pt. "Odwaga miłości". Lelouche twierdzi, że w obecnych czasach aby 
zakochać się, trzeba być odważnym. Współczesne czasy są niekorzystne dla miłości. Pogoń za wszystkim 
oddala czas na miłość. Kobiety zmieniają swoje role społeczne. Mężczyźni zaczynają się bać kobiet.
 Jeśli wybuchnie kolejna wojna światowa, to będzie to wojna między mężczyzną i kobietą.            
           Ale mówi też cieplej o miłości, że to ona sprawia, iż stajemy się odważniejsi, piękniejsi i ...mniej      
 kłamiemy. Czas może być sprzymierzeńcem miłości, ale też i jej zabójcą. Kiedyś kochający mężczyzna 
wysyłał list, który do ukochanej dziewczyny dochodził po 2 tygodniach. List od niej zabierał kolejne 2 
tygodnie na dotarcie do ukochanego. W sumie czas 1 miesiąca był konieczny, aby kochający się ludzie 
mogli sobie powiedzieć coś jedynego, najczulszego.
 Ten czas, ta tęsknota niesamowicie scalały kochających się ludzi, wzmacniały to cudowne uczucie.

Dziś technika częściowo zdegenerowała to szlachetne uczucie. Komórka pozwala na  natychmiastowe 
przekazywanie sobie wyznań czyli - wg Lelouche'a - w ciągu 24 godzin można skutecznie zabić miłość. 
Tak zabić, bo wielość słów, mnóstwo wyznań w krótkim czasie zabija miłość. Tyle wybitny reżyser.
  
                                       *******************************

              A propos komórki; od siebie dodam, że nie posiadam komórki. Zbyt wysoko cenię sobie swoją 
niezależność. Nie wyobrażam sobie, aby np. na spacerze czy w innych okolicznościach ktoś śmiał zakłócić
 mój spokój, zmącić moje myśli. Dlatego, gdy bliska osoba niedawno powiadomiła mnie, że w prezencie     
 dostanę elegancki model komórki, bo cała rodzina je posiada, to króciutko powiedziałem: - nie, dziękuję;    
  absolutnie nie.
      Gdy kiedyś młoda dziewczyna w perfumerii chcąc mnie powiadomić o nadejściu dla mnie karty 
stałego klienta, zapytała o numer komórki, a ja odpowiedziałem, iż takowej nie posiadam powiedziała: -       
  - "Zazdroszczę panu".
 Szkoda, że tylko ja  należę do nielicznych  wybrańców boga Rozsądku.
  Nie jestem też zwolennikiem "miłosnych" sms-ów, które pozornie radują, znudzonych pocieszają lecz w 
dłuższym wymiarze
 czasu ogłupiają - jak mówi Lelouche - miłość zabijają. W ogóle w miłości umiar, 
powściągliwość - nie mówiąc o wierności, uczciwości - cenię bardzo wysoko. Owszem są sytuacje, 
momenty, gdzie spontaniczność  jest nie do opanowania, a nawet wskazana.
 Niestety sporo ludzi hołduje zasadzie, że im więcej miłosnego gadulstwa, tym więcej można tej drugiej 
osobie zamącić w głowie. Tak, w głowie, bo serce nie potrzebuje słów - sercu  wystarczy muzyka 
oddechu, spojrzenia, ciszy milczenia. W mojej WIELKIEJ MIŁOŚCI czarujące i obezwładniające były i są  
 oczy mojej najcenniejszej własności,TAK WŁASNOŚCI - mojej Bożusieńki.

                                        **********************************

       A poza tym inne skutki komórki w miłości?
       Byłem świadkiem takiej sceny pod oknami mojego domu; na spacerze wolno szedł sobie młody tato z 
synkiem. Chłopiec coś tam mówił, ale dwa razy głośno zwrócił się do ojca z pretensją  mówiąc:
 - "Tato, ale ty mnie nie słuchasz". Podszedłem do okna i zobaczyłem, że rzeczywiście tato nie słuchał 
chłopca idąc, jedną ręką trzymał synka za rączkę, w drugiej trzymał przy uchu komórkę.
           I to jest tragiczny paradoks naszych czasów, naszych nawyków, naszej zwariowanej, bezmyślnej 
codzienności. Rodzic zamiast znaleźć czas na rozmowę z dzieckiem, zwłaszcza  podczas spaceru, to 
owszem rozmawia, ale nie ze swoim dzieckiem. Więź rodziców z dziećmi staje się coraz luźniejsza; miłość 
rodzicielska  traci. Ale to tylko skromny przykład na komórkową głupotę. Chociaż znam osoby, które bez 
samochodu też nie ruszą się nigdzie - do sklepu, do kina; gdyby  alejki w parku były szerokie i 
przystosowane do ruchu samochodowego, to chętnie wjechałyby tam na ..... spacer.
          Komórka wrogiem miłości; miłości młodzieńczej, dojrzałej, przejrzałej; miłości rodzicielskiej.

             Szkoda, że tylko wybitny Lelouche podziela moje zdanie.

       Poniższy tekst z internetu autorstwa: J. Gracz, "Zabójcza miłość",  Wróżka  nr 11/2005 r.

"Gdy pokochasz tak mocno, do ostatka, do szału, do dna, nie umawiaj się na kolejne randki, tylko natychmiast 
dzwoń po lekarza - radzi Jerzy Gracz w artykule  "Zabójcza miłość" - Miłość to choroba, która niekiedy może 
okazać się śmiertelna. Cóż sprawia, że miłość - piękne i pożądane przez wszystkich uczucie - może być tak 
niebezpieczne? Autor twierdzi, że ...
 chemia. Otóż mózg całe życie czeka aby się zakochać i nie ma znaczenia 
czy mamy partnera czy nie. W momencie nawiązania bliskiego kontaktu z partnerem płci przeciwnej mózg 
zrywa się do działania. Rusza burza hormonów uruchamiająca ośrodki przyjemności i cierpienia. Tworzą one 
jednocześnie mieszankę wybuchową, powodującą okazywanie uczuć. Pod wpływem hormonów mózg jest 
zdolny do wszystkiego, nawet do zabójstwa i samobójstwa. Stan zakochania powoduje także fizyczne zmiany 
w pracy mózgu. Odurzony jak narkotykiem mózg tworzy nowe połączenia nerwowe nakierowane tylko i 
wyłącznie na obiekt pożądania, człowiek jest podniecony emocjonalnie i traci obiektywizm w ocenie 
rzeczywistości. Stan mózgu wtedy niczym nie różni się od psychozy.
Zajmując się takimi przypadkami włoska psycholożka Donatella Marazziti z Uniwersytetu w Pizie zwróciła 
uwagę, że osoby przeżywające zawód miłosny zachowują się jak ludzie cierpiący na zaburzenia 
obsesyjno-kompulsywne, tzn. nie ma wielkiej różnicy między porzuconą kobietą a hazardzistą, który utracił 
właśnie cały majątek i aby go odzyskać, gotów jest postawić najwyższą stawkę - własne życie. 
Odkrycie doktor Marazziti uruchomiło na całym świecie serię badań nad biochemią emocji. Odkryto dzięki nim, 
że wczesnej fazie zakochania towarzyszy nie tylko szał hormonów, ale i wydzielają się z mózgu dwie 
substancje:
 fenyloetyloamina i dopamina. Pierwsza, to rodzaj naturalnej amfetaminy, druga wywołuje euforię,
 rozkosz. Gdy przeżywamy zawód miłosny, substancje te przestają być wydzielane. Człowiek odczuwa coś na 
kształt głodu narkotycznego. Pojawia się depresja, cierpienie, utrata energii. Niektórzy mają myśli samobójcze i 
przejawiają zachowanie autodestrukcyjne. 

Właśnie ze względu na te groźne objawy Światowa Organizacja Zdrowia uznała... miłość za chorobę i 
zarejestrowała ją na liście schorzeń pod pozycją
 F63.9. 
Jak twierdzi prof. Angelique Pas-Vraiment ze szwajcarskiego Instytutu Terapii Emocji, wcześnie wykryty stan 
zakochania jest uleczalny. Wystarczy sobie wmówić, że ten atrakcyjny brunet lub dobrze wyposażona 
blondynka nie są warci naszych uczuć. 
No tak, tylko kto z nas zechce sobie wmawiać takie bzdury? "
... nadal, wciąż, do znudzenia, zawsze ... o miłości,
 bo bez niej trudno żyć
- tak mówię ja - Wiktor Mazurkiewicz 

 a jest już 2017 rok   :(
 
         ''Miłość jest dawaniem, nie braniem, naprawianiem, nie niszczeniem,
            
zaufaniem, wiarą, nigdy zwodzeniem, cierpliwym znoszeniem
  
i wiernym dzieleniem każdej radości i każdego smutku, dzisiaj i zawsze''.    
        /---/



                    Miłość Prawdziwa

            Chyba każdy wie czym jest miłość i jakie są jej objawy. Jaki jest jej kolosalny wpływ na nasze 
życie; gdy czujemy się najszczęśliwsi na tym świecie, gdy chcielibyśmy robić to, co kiedyś wydawało 
się nam niemożliwe, a to co było szare nie wiadomo skąd i z czego, zmienia się w piękne ubarwienie.    
Miłość uskrzydla. I nie ważne czy dotyka ona niedoświadczoną nastolatkę, czy kobietę dojrzałą, 
sponiewieraną nieudanym małżeństwem - jeśli dopadnie, potrafi odebrać zdolność logicznego myślenia
 i zatracić poczucie rzeczywistości.
         Choć każde wzniosłe uczucie potocznie nazywa się  miłością, to jednak nie zawsze to określenie 
jest właściwe do przeżywanego stanu. Mało tego, wszystko podciągane pod to jedno słowo powoduje, 
że  traci ono na swoim znaczeniu. Psycholodzy znają wiele określeń uczuć, które wcale nie oznaczają 
jeszcze miłości. 

                  Moja ulubiona krakowska psycholog
 Joanna Heidtman, tak mówi o zauroczeniu: 
 " Bywa, że zauroczenie, stan zakochania zaczyna przeradzać się w coś głębszego, że w miejsce 
zauroczenia pojawia się autentyczne zainteresowanie człowiekiem takim jakim jest, że w relacji pojawia 
się intymność, zaufanie, przyjaźń. A wtedy jest szansa na miłość. Bo, jak ktoś powiedział:- zakochanie 
to głupsza forma miłości".
 - Tyle Pani Joanna Heidtman.
             Zatem ani zauroczenie, ani zakochanie, ani seks, ani przywiązanie, tym bardziej uzależnienie to 
jeszcze nie miłość. Nie można w lapidarny sposób określić czym jest miłość, ale wszystko co można o 
niej powiedzieć na pewno bliższe jest altruizmowi, dalekie od egoizmu. 
 To dawanie siebie drugiej osobie, to przemożne pragnienie jej szczęścia. 
       W miłości nie może być żadnej kalkulacji, wyrachowania, żadnego liczenia na korzyści dla siebie. 
Jeśli mówię drugiej osobie - kocham cię ponad życie, kocham jak dotąd nigdy nikogo, a z drugiej 
strony liczę po cichu, że ta osoba mnie wesprze, pomoże w czymś, stworzy bezpieczne życie, zapewni 
dostatni byt, obdarzy zadowalającym seksem - który owszem bywa dopełnieniem prawdziwej miłości - 
to takie pojmowanie miłości jest wielką pomyłką.

        Definicja prawdziwej miłości dla mnie wypływa z myśli 
 Ericha Fromma:

                   
 "Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wtedy, gdy kochamy tych,                      
                      którzy nie mogą się nam na nic przydać." 

        oraz 
 Seneki Młodszego "Kochać to znaczy zapomnieć o sobie". 

       
  Dziś już nie pamiętam dokładnie, ale był to chyba program telewizyjny;  młoda kobieta o swoim 
mężczyźnie życia mówiła, że na początku była dla niego uwielbianą gwiazdą, niebywałym zjawiskiem, 
potem już tylko kobietą do seksu, aż w końcu maltretował ją i sugerował, aby prostytuowała się  z jego 
kumplami. Tego właśnie mu odmówiła, gdyż przekraczało to jej możliwości psychiczne.Odszedł sobie 
 do innej. A ona?  Ona do dziś nie widzi nikogo poza nim. Gdyby wrócił, przyjęłaby go z otwartymi 
rękami. Kocha go bardzo.

Przytoczyłem ten przykład, choć akurat w tym wypadku uważam tę miłość za chyba patologiczną.       
     Ale znam z autopsji piękne przykłady innej miłości prawdziwej, bezinteresownej: 
       Gdy bardzo dawno temu, w Elblągu służbowo wszedłem na prywatną posesję, z domu wyszła   
 pewna pani w wieku około lat pięćdziesięciu, której przedstawiłem cel mojego przyjścia.  Po jakimś      
 czasie nawiązałem z nią rozmowę z której  dowiedziałem się, że tuż przed wojną w 1939 roku 
poślubiła  ukochanego  mężczyznę. Po 3 miesiącach wybuchła wojna, mąż poszedł na front i nie 
powrócił już nigdy. A ona wciąż jak Penelopa samotnie, trwa przy nim wiernie, choć go już dawno nie 
ma. Zapytałem wtedy, czy nie spotkała w życiu podobnie interesującego mężczyzny, odpowiedziała, że 
owszem, ale ona jest wierna temu, któremu przysięgała.

          
 Moja wierna, sympatyczna przyjaciółka internetowa / prawie 5 lat znajomości/, wykształcona,  
 pracująca zawodowo na odpowiedzialnym stanowisku w renomowanej firmie, a jednak w samotności 
przeżywa każdy dzień swojego życia. Na początku naszej znajomości internetowej,  pisząc mi o sobie, 
tak dosłownie napisała w emailu: 
             -
 "Mój mąż odszedł  do innej, młodszej kobiety po prawie dwudziestu latach małżeństwa.
                Był to dla mnie wielki cios, ale kocham go pomimo wszystko".

 Ta kobieta darzyła i darzy swego byłego męża autentycznym, prawdziwym uczuciem.
 Ona wie co to prawdziwa miłość. I za to mam dla niej wielki szacunek. 
            Ktoś powie, że takie ckliwe, romantyczne przykłady  są dobre pod  publiczkę, pod scenariusz 
jakiegoś serialu. Bo życie współczesne wymaga trzeźwego spojrzenia na fakty, na realia, na jakby nie 
było twarde reguły gry o byt, o przetrwanie. I będzie ten ktoś miał rację.Tylko wtedy uczucie do drugiej
 osoby, uczucie o "krótkim okresie trwałości", o płytkiej zawartości walorów altruistycznych, a raczej 
bogatym bagażu kalkulacji życiowych, jest tylko stanem jakimś tam  przelotnym; choć niekoniecznie - 
może trwałym, ale nie mającym nic wspólnego z pojęciem prawdziwej miłości.
 A propos seriali; 29 marca w I programie TVP podano, że co trzeci Polak ogląda serial "M jak miłość" .
 Z własnej obserwacji śmiem twierdzić, że tego rodzaju seriale oglądają prawdopodobnie ludzie, którzy 
nigdy takiej prawdziwej miłości nie zaznali. Tęsknota za nią każe im tracić czas na oglądanie tego, co 
ktoś o bujnej wyobraźni za niezłe pieniądze pisze namiętnie w kolejnych odcinkach.
  Ani ja, ani moja Bożenka tego nie oglądamy.
 Pamiętam jak w zamierzchłych latach XX wieku na topie był film pt."Love story". 
Też nie "zaliczyliśmy" tego filmu. Zawsze uważaliśmy, że nasza miłość jest jedyna, niepowtarzalna.
  A jeśli ktoś przeżywa inną, może lepszą, romantyczniejszą - tylko pozazdrościć. 
  
 

 
Kilka lat temu znalazłem w internecie takie ciekawostki dot. zawodu miłosnego

/cytaty - fora dyskusyjne/

"W owym czasie byłem bardzo zakochany w jednej dziewczynie ze szkoły budowlanej, którą sam 
ukończyłem. Potem grałem w zespole muzycznym i jednocześnie studiowałem. Niestety, nie dało się tych 
dwóch rzeczy połączyć. Ze studiów wyrzucili mnie, a dziewczyna po pewnym czasie powiedziała, że mnie
 nie kocha. Byłem bardzo zakochany w tej dziewczynie, chodziliśmy ze sobą chyba ze trzy i pół roku. 
Gdy ona mnie rzuciła, było to dla mnie coś strasznego. Przeżyłem taki zawód miłosny, że prawie 
zwariowałem z rozpaczy. Zachorowałem na ciężką nerwicę. Przeżywałem takie chwile, jakby się zawalił 
cały świat."
-----------------------------------
"Pamiętam, jaki koszmar przeżywałam podczas pierwszego rozstania, które odbyło się bez 
wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Nie należę do osób narzucających się i przesadnie histerycznych, 
ale wtedy nie mogłam powstrzymać się od wysyłania maili i telefonów. Wyobrażałam sobie tysiące 
rzeczy, chociażby takie, że rozbił się gdzieś na pobliskim drzewie i dlatego się do mnie nie odzywa, 
(chociaż dobrze znałam powód jego milczenia). Trudniej było mi się pozbierać tym bardziej, że dopiero 
wtedy uzmysłowiłam sobie jak bardzo mi na nim zależy. I nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że już jest 
wszystko ok., nagle myśl o nim wracała jak bumerang i wszystko to, co udało mi się poskładać 
rozsypywało się jak domek z kart. Nie będę już rozpisywała się na temat tego jak ryczałam przy byle 
okazji i o zgrozo w miejscach publicznych, jak popadałam ze skrajności w skrajność: od apatii i skrajnej 
depresji po niepohamowane wybuchy złości i żądze zemsty ..."
 
Zawód miłosny, to wielkie rozczarowanie i pogrzebanie nadziei,
 jakie się wiązało z ukochaną osobą.  /Zygmunt Bauman/

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy wyleczymy się z tej paskudnej traumy i dojdziemy 
do wniosku, że życie nasze "znormalniało", wtedy odkrywamy nowy świat, może nawet lepszy od 
poprzedniego.Często na to, co przeżyliśmy patrzymy z przymrużeniem oka. Jest nawet plus takiego 
przeżycia; prawdopodobnie drugi raz taka "wpadka" nam się nie trafi, a jeśli nawet, to nie będzie ona już 
taka dramatyczna. Będziemy już w pewnym sensie uodpornieni.

"Miłość to nie pojedynczy uczynek, lecz pewien klimat, w którym 
żyjemy, to podejmowane przez całe życie ryzyko, dzięki któremu nieustannie się uczymy, 
odkrywamy, wzrastamy. Miłość jest klimatem - klimatem serca."


Koniec cytatów
Utworzono 3 lipca 2006 
Ostatnia aktualizacja  01 stycznia 2016

Miłość narkotykiem

          O miłości i jej interpretacji "medycznej" dużo napisano, w internecie też  można o tym  znaleźć.
 Endorfiny to sprawca naszego zakochania, dlatego zanim rozwinę tytuł tej notki podam definicję  
"miłosnej" substancji, znalezioną w internecie:

- "Endorfiny ('wewnętrzne morfiny') - związki chemiczne (pochodne peptydów), które działają 
przeciwbólowo podobnie do morfiny i są wytwarzane przez niektóre nasze komórki (np. neurony, 
niektóre komórki wydzielające hormony). Organizm zwiększa produkcję endorfin po urazie, żeby 
zmniejszyć ból. Dużo endorfin wytwarzają też komórki nerwowe osób zakochanych (dlatego rozstanie 
z ukochaną osobą jest w pewnym sensie porównywalne do odstawienia narkotyku)".
 

 Mam skromne - i to bardzo - własne doświadczenia w zakresie narkotycznego działania miłości, gdyż 
mój Obiekt zawsze jest ten sam, chociaż ....byłbym nieuczciwy gdybym....dobrze ...posłużę się znów 
Claude Lelouchem, który w tym temacie jest dobry.
            Otóż mówiąc o miłości stwierdził, że miłość jest jak narkotyk. I tu nawiązał do swego filmu      
 "Kobieta i mężczyzna". W filmie tym kobieta traci swego mężczyznę, który umiera wtedy, gdy ona 
znajduje się w stanie najwyższego stopnia zakochania w nim. Szczyt miłości, niemalże obłęd miłosny.
 I zdawałoby się, że nikt ani nic nie jest w stanie wypełnić luki po stracie ukochanego. A jednak; wkrótce
 napotyka mężczyznę, z którym zaczynają łączyć ją coraz bliższe rozmowy, potem przyjaźń, w końcu 
miłość. 
Lelouch twierdzi, że takie coś może mieć miejsce tylko wtedy, gdy miłość następna jest 
uczuciem silniejszym od uczucia poprzedniego
. Bo miłość jest jak narkotyk.Gdy narkoman poprzestanie 
na tej samej dawce, to zaczyna pojawiać się głód. Trzeba dawkę zwiększyć. Podobnie w miłości; jeśli 
stracimy partnera, którego bardzo kochamy, to następne uczucie miłości może zaistnieć jeśli będzie ono 
silniejsze, większe. Kolejna miłość trzecia i czwarta i następna ....owszem, gdy kolejne uczucia będą   
silniejsze. Tylko gdzie jest ta granica dawkowania miłosnych endorfin? Tego reżyser nie określił.

Ale to tylko takie rozważania teoretyczne, bo np.w mojej praktyce - kocham już 43 lata i może te 
endorfiny wydzielają się na niskim poziomie, ale jednak się wydzielają. I nie mam potrzeby zwiększania 
dawki. A nowa miłość?! Musiałaby chyba co najmniej dwukrotnie przebić obecną "dawkę", a w takie 
coś nie wierzę, bo mój starzejący się organizm takiej dawki już by nie "wytrzymał" / czytaj - nie 
tolerował/
Nasze Kortowo
Nasze Kortowo
Zapraszamy
Zapraszamy
Zapraszamy
Drugi tomik wierszy
Trzeci tomik wierszy
Debiutancki tomik wierszy
Czwarty tomik wierszy
Wszystkie moje tomiki
poezji poświęciłem
 jedynej kobiecie
Bożence
hrabiance Truszkowskiej
Piąty tomik wierszy