"Los żołnierza" - Jan Mazurkiewicz
ciąg dalszy - fragmenty
strona 11
Rozdział IV
Na pozycjach pod Arraswww.mazurkiewicz.com.pl
Jesteśmy na pozycji na jednym z odcinków koło Arras. Spokojnie tu i zacisznie. Cztery dni w rowach,
cztery na tyłach, w okolicznych wioskach. Całym naszym zajęciem na kwaterach jest jedzenie, pisanie listów,
malowanie i rzeźbienie różnych figurek z kamienia kredowego. Ale najzapamiętalej uprawia się grę w karty.
Zapominamy trochę o wojnie. Co nas może obchodzić tamten świat na prawo, gdzie nieprzerwanie słychać
jakby ciężki stukot kół po cienkim i niskim sklepieniu nieba. Byle tylko Francuzi zachowywali się spokojnie,
a my nastrajamy się coraz bardziej pacyfistycznie./..../
Podczas pobytu w rowach mamy nieustannie zajęcia. Przerabiamy gruntownie okopy, budujemy nowe
ziemianki; stare, położone zaledwie jeden metr pod powierzchnią ziemi, są niewystarczające. Praca jest
ułatwiona dzięki kamieniowi kredowemu nie potrzebującemu podpór aż do całkowitego wykończenia
ziemianki. Każda ziemianka ma dwa wejścia i leży pięć lub więcej metrów w ziemi. Budujemy też liczne
sztolnie z jednej ziemianki do drugiej.
Budowane są ziemianki różnej wielkości, są na czterdziestu i więcej ludzi, są i na ośmiu.
Francuzi leżą naprzeciw nas w odległości około stu osiemdziesięciu metrów. Wieczorem wyraźnie słyszymy
ich, jak zaciągają druty kolczaste. Nie może też ujść ich uwadze, że i my czynimy to samo. Od czasu do
czasu Francuzi przesyłają nam pozdrowienia w postaci szrapnęli.
Stoję na posterunku w prześliczny poranek czerwcowy. Cisza, jakby ludzie głowy pochylili przed majestatem
przyrody, czując się upokorzeni swą własną nienawiścią i namiętnością. Nie mogę się oprzeć pokusie i co
chwila spoglądam na słońce, wschodzące za moimi plecami. Leniwie unoszą się mgły, jakby lękały się
odsłonić doliny przed słońcem, ciekawie tam zaglądającym i jakby dziwującym się, dlaczego ludzie, ptaki i
zwierzęta go nie witają. Robi się przepiękny dzień. Słońce radośnie opromienia świat boży i dobrotliwie
grzeje. Budzą się w duszy pragnienia szczęścia. Lecz jakie inne jest nasze życie! Czy po to jesteśmy młodzi,
po tej i po tamtej stronie, aby gnić w rowach? Czemu to ludzie robią piekło z życia?
Kwaterujemy nasze cztery dni w rezerwie w wiosce Mercatel. Leżę pod drzewem w ogrodzie zagrody
naszej kwatery i czytam powieść. Francuzom przyśniło się coś i zaczynają o niezwykłym czasie strzelać.
Granaty przelatują na przeciwny koniec wioski. Ale mogą zabłądzić i tutaj.
www.barwena.com
Idź do kwatery, do twego krzyża, któryś dziś pięknie kwiatami ozdobił, tam granat nie uderzy.
Na tę zabłąkaną w mej głowie myśl składam książkę i zmykam do kwatery. Granaty padają tu i tam.
Z bud wszystko pouciekało do piwnic. Ja zostaję na pryczy, nad którą wisi krzyż. Po dobrej chwili ogień
ustaje. Powracam do ogrodu, by w zaciszu oddać się dalszemu czytaniu powieści. Zbliżam się do drzewa,
pod którym leżałem poprzednio. Ale oto głęboki lej o trzy kroki od pnia, akurat w miejscu, gdzie leżałem.
Przypadkiem ocalałem - znowu krzyż przyczyną ocalenia.
strona 12
Jest noc . Znosimy do pierwszego rowu drut kolczasty, kołki, hiszpańskie kozły, deski i belki /.../
W kwaterach prawie co drugi lub co trzeci dzień dostajemy zastrzyki przeciw cholerze i tyfusowi. Owe
zastrzyki bardzo nam się nie podobają i staramy się ich uniknąć, ale kontrola jest zbyt ścisła. Po trzech
miesiącach pobytu w linii bojowej wycofują nas na tyły. Około godziny ósmej rano wchodzimy do jednej
z pierwszych wiosek, gdzie znajduje się ludność cywilna. Nieopisana błogość opanowała nas, gdyśmy
zobaczyli tak długo niewidziane kobiety, wysuwające się z zagród lub wychylające się przez okna. Mamy
wrażenie , że widzimy jakby prawdziwe anioły. Porozumiewawczym spojrzeniom, cmokaniom, uwagom
nie ma końca. Francuski zachowują się całkiem swobodnie. Wielu żołnierzy dało nura i zjawiło się po paru
godzinach lub dopiero nazajutrz. Niespełna dwa dni mamy spokój, ale już wieczorem następnego dnia
idziemy na front wzmocnić drugą i trzecią linię. Wszystko pod osłoną nocy. Teren, a szczególnie drogi są
gęsto i często ostrzeliwane. Przygotowania wrą /.../
Rozdział XI
W Pińskich Błotach
Z początkiem kwietnia 1916 idziemy do pierwszej linii, a raczej na dalszy wypoczynek. Bowiem bagna
koło Pińska przedstawiają się w tym czasie jak jeziora z wysepkami. O okopach, jak we Francji, nie
może być mowy. Są tylko placówki w odstępach 400-500 metrów jedna od drugiej. Stützpunkty10) są
urządzane na wzniesieniach, a ziemianki budowane są na powierzchni ziemi. Rosjanie znajdują się po
drugiej stronie rzeczki Strumień, oddaleni o jakie dwa kilometry; chodzimy swobodnie. Z nastaniem
ciepłej pory pływamy czółnem, strzelamy do dzikich kaczek, łowimy ryby, kąpiemy się i plażujemy na
słońcu, zupełnie jak gdzieś na letnisku. www.mazurkiewicz.com.pl/wiersz.html
W piękną noc czerwcową stoimy we dwóch na posterunku. Naokoło cisza. Słychać tylko głosy
dzikiego nocnego ptactwa. Prawie bezmyślnie wlepiamy wzrok w zwierciadło wody i w przeciwny brzeg
leniwie płynącej rzeki. Spodziewamy się prędkiego ustąpienia ciemności. Naraz plusk i szelest.
Przyczajamy się, patrzymy i słuchamy. Na horyzoncie widzimy wyraźnie odbijające się sylwetki dwojga
ludzi. Jeden z nas cofa się do wartowni z meldunkiem. Tymczasem owe tajemnicze postacie znikają.
Dopiero po zupełnym rozwidnieniu się odnajduję je nad stromym brzegiem rzeki. Są to dwaj jeńcy,
którzy uciekli z obozu w Tucholi, moim powiatowym mieście. Jak twierdzą, wyruszyli stamtąd w połowie
marca. Nigdzie ich nie zatrzymano, aż dopiero tutaj, o krok od swoich, wpadli w nasze ręce jedynie przez
nieumiejętność pływania. Otrzymałem dwanaście marek nagrody za ich schwytanie, ale paliły mnie one i w
duszy przeklinałem moją gorliwość./.../
W końcu lipca 1916 roku wczesnym rankiem, zaalarmowani, stoimy gotowi do odmarszu. Patrzymy
jeszcze na nasze stützpunkty, niewiele mówimy. Każdy odtwarza w swych myślach spokojne i swobodne
chwile, któreśmy tu przeżyli. Ilu myślami podzieliliśmy się w tych błotach, jakże nasza przyjaźń się tutaj
zacieśniła! Nie rozróżnialiśmy ani Niemca, ani Polaka ani Żyda czy jakiejś innej narodowości. Pomiędzy
kolegą wierzącym a ateuszem nie było żadnej różnicy. Czuliśmy się prawdziwymi braćmi. Byliśmy
ustępliwi, wyrozumiali i chętnie sobie nawzajem pomagaliśmy. Strofowaliśmy się czasem, by po chwili
znowu jak dzieci żartować i śmiać się, lub prowadzić szerokie dyskusje na różne tematy.
Przyglądaliśmy się nieraz jak po tamtej stronie Rosjanie swobodnie chodzili nie obawiając się nas,
co nas również oswajało i ośmielało do podobnej swobody. Nie było strzelaniny, nie było strachu ani
nienawiści. Tak! Tu płynął nam czas spokojnie i szczęśliwie wśród nadziei, że jednak wojna prędko się
skończy. A teraz co nas czeka? Co czeka innych?
9) Stützpunkt - punkt oporu
strona 13
Rozdział XIV
Wśród Austriaków
Znowu marsze, trudy i znoje. Zbliżamy się coraz bardziej do odcinka, na którym toczy się zażarty bój.
Stajemy w jakimś majątku. Pozostawiamy tu nasze plecaki. O zmierzchu jesteśmy gotowi do pójścia do
okopów. Tym razem wszyscy muszą się stawić i krawcy, i szewcy, i ordynansi, byle tylko kompania była
jak najliczniejsza. Mamy być wsunięci pomiędzy Austriaków, którzy stracili dwie pierwsze linie. Naszą
kompanię prowadzi porucznik Stelle, bardzo przez nas lubiany. Kapitan Schwender pod jakimś
pretekstem został na tyłach.
- Łączyć! - półgłosem podaje jeden drugiemu.
Mijamy jakieś kompanie, rozłożone w przydrożnym rowie. Co chwila stajemy i znowu idziemy. Wygląda
to wszystko jak podkradanie się jakiejś bandy do napadu /.../
Rosjanie obsypują nas dość gęstym ogniem karabinowym i artyleryjskim; nie odpowiadamy.
Jakiś Austriak tuż obok, ranny w nogę, drze się jak opętany. Już go odnoszą, a on drzeć się nie przestaje,
jak gdyby chciał powiadomić Rosjan o rezultacie ich strzelania. Co chwila w zamęcie bitewnym słychać
wołanie: - Sanitäter, Sanitäter! /.../ Naraz Rosjanie obsypują nas ogniem huraganowym. To przygotowanie
terenu do ataku. Równocześnie rozlegają się krzyki rannych wołających o pomoc. Przysuwam się do
drzewa. Ziemia drży i wyrzucana w powietrze wraz z odłamkami granatów i połamanymi gałęziami-opada
na nasze głowy, plecy i nogi. I znowu to szarpanie nerwów. Lada chwila spodziewamy się uderzenia
granatu w nas samych. Tylko patrzeć, jak nasze członki będą wisiały na gałęziach drzew, lub zostaną
zmieszane z ziemią. Lecz precz, precz z tymi myślami! Ja chcę żyć! Ja muszę żyć! I znowu bunt w duszy.
Ter-Glane przytula się do mnie. Nie wymieniamy ani słowa. Myśleliśmy, że choć przez godzinkę
będziemy mieli spokój, by się na chwilę zdrzemnąć, a tu znowu śmierć swą paszczę rozwarła.
Rakieta rozwidnia uchodzące już ciemności. Rosjanie podkradają się.
- Ruski idą! - słychać tu i ówdzie.www.barwena.com/bozenka.html
Rozpoczyna się momentalnie ogień karabinów i karabinów maszynowych. Ogień ze strony Rosjan nie
ustaje. W dolinie widać jakby poruszanie się pola. Po małej chwili nasza artyleria rozpoczyna ogień
zaporowy. Huk, łoskot i wycie pocisków zagłuszają słowa. Klęczymy z Ter-Glanem przyciśnięci do
drzewa. Myślimy, co robić. Przecież już dnieje, a my nie mamy dokładnego celu. Dolinę, zdaje się,
artyleria nasza oczyściła. Atak załamał się w zarodku.
Naraz nasz krawiec zaczyna krzyczeć. Wrzeszczy jak gdyby zwariował. Nie rozumiem go; myślę,
że jest ranny. Pochylam się nad nim. Twarz jego jest straszna, jakby w skurczach najokropniejszego bólu.
- Janie, połóż się! Janie, połóż się! Oni cię trafią! - krzyczy.
Odwracam się, a tymczasem ogień powoli ustaje. Po rozwidnieniu się nasz krawiec zabiera manatki
i oświadcza, że jest chory, więc idzie na tyły. Twarz jego, blada, zmieniona, mówi nam więcej niż słowa.
I znowu ten sam obraz grozy. Ciała poszarpane, poćwiartowane, jak gdyby jakieś figury gipsowe-
połamane i rzucone. Opodal, na potrzaskanych konarach drzewa, wkleszczone ciało człowieka bez nóg.
Na ziemi leżą tam ręka, tam noga, tu głowa, gdzie indziej tułów i poszarpane wnętrzności. Ranni biadają
i proszą o pomoc. Wynosimy ich mimo znużenia, by tylko mieć spokój, bo ich jęki i narzekania są dla
nas straszniejsze niż wycie granatów. Staramy się wynieść rannych z linii bojowej, zanim to piekło się
znowu rozpocznie.
strona 14
Rozdział XVIII
Uprzątanie pobojowiska
Jest godzina może jedenasta w nocy. Zostaliśmy zawezwani przez sanitariuszy do znoszenia zabitych,
których w promieniu około dwustu metrów liczymy na ośmiuset Rosjan i drugie tyle Niemców. Rannych na
razie mamy zostawić. Trzeba usunąć tych zabitych nie dlatego, by ich jakoś po ludzku pochować, ale
dlatego, że uczyniliby oni nasz pobyt tutaj niemożliwym, zatruliby dokoła powietrze w olbrzymim promieniu.
We dwóch, jeden za jedną nogę, drugi za drugą, ciągniemy zabitego do masowego grobu.
Zatykamy sobie usta i nozdrza. Oddychamy jak najkrócej. Przy grobie, a raczej przy długim dole, leży już
znaczna liczba zabitych. Dwóch sanitariuszy wskazuje nam miejsce, gdzie należy rzucić trupa. Dwóch
innych układa go w dole, tak aby jak najwięcej zabitych tam pomieścić. Sanitariusze, zaopatrzeni w maski,
naglą nas do pośpiechu, by tej nocy wszystkich poległych pogrzebać. Znowu ciągniemy jednego za nogi;
co chwila zahaczamy o drut lub kawały drzewa, które przyczepiwszy się do odzienia trupa wloką się za
nami. Mundur ściąga się na głowę trupa; wleczemy go dalej przez okopy i doły, przesuwa się to na tę, to
na ową stronę, zależnie od pochyłości terenu. Za każdym gwałtowniejszym poruszeniem wnętrzności
zabitego wydają jakiś odgłos, jakby same żyły i protestowały przeciw naruszaniu ich spokoju. Czasem
nazbierane we wnętrznościach powietrze uchodzi z nieprzyjemnym i nieprzyzwoitym hałasem. Wszystko
jakby w człowieku żyło - tylko on sam jest martwy. A może tylko głęboko śpi? I tak ciągniemy znowu
kolejnego. Staramy się nie zwracać na trupa uwagi. Przy grobie bez ceremonii opuszczamy jego nogi. Ale
co to? Jakby jęk czy głębokie westchnienie wydziera się z piersi tego niby zabitego. Zwracamy na to
uwagę sanitariuszowi.www.mazurkiewicz.com.pl/jan.html
- On i tak nie będzie żył - odpowiada krótko.
Chwytam za puls rzekomego nieboszczyka. Ledwie, ledwie, ale wyraźnie bije. Człowiek jest nieprzytomny.
Niech lepiej umiera, pozbędzie się wszystkiego. Odchodzę. Zatrzymuję się przy odosobnionym krzaku.
Siadam. I tak tych ludzi narżnięto jak barany, a teraz ich się włóczy, ciągnie po ziemi jak kłody, jak
bezużyteczny materiał. Gorzej - jak materiał, który może spowodować szkodę, jeżeli nie będzie usunięty.
Nikt już nie patrzy ani nie pyta, kto to jest. Nie ma w niczyim oku ani jednej łezki; nie ma tu żadnego
duchownego. Ci najmilsi, tam w domu, jeszcze nic nie wiedzą. Po co to wszystko? Nie zmieni to kolei
rzeczy. Kładzie się te trupy jak śledzie do beczki, a potem czym prędzej zasypuje. Nad szczątkami stawia
się godło chrześcijańskiej miłości bliźniego, a wieczność otula i godło i grób.
Rozdział XXI
W 430 pułku piechoty
W październiku przeformowano nas na pułk 430. Dostajemy nowych ludzi w wieku ponad lat czterdzieści.
Wszyscy pochodzą z miast Westfalii, gdzie - jak się dowiadujemy - trudności gospodarcze są coraz
większe. Dzielimy się z nimi wszystkim, co mamy pod ręką, byle tylko opowiadali nam jak najwięcej. My,
tu na froncie, wiemy tylko jak spokojnie jest w kraju, jak tam chętnie odmawiają sobie wszystkiego z
miłości do Vaterlandu. Natomiast u wrogów, szczególnie w Rosji, nie ma co jeść; nędza zmusi ich do
zaprzestania wojny. Nędza, demoralizacja, bunty i przejawy rewolucji. Wszystko zło dzieje się w innych
krajach, tylko w Niemczech wszystko jest w porządku. Tak piszą nacjonalistyczne gazety. Jednak od
czasu do czasu dowiadujemy się prawdy. I teraz opowiadają nam ci ludzie, jak im mówiono przy
zaciąganiu do wojska, że będą użyci w kraju jako załoga. Gdy wyjeżdżali, tłumaczono im, że jadą do
etapu, z czego się cieszyli, mając nadzieję na dostateczne odżywianie, a może nawet na posłanie czegoś
rodzinie. Mówiono im też, że na froncie jest dobry nastrój. O tym, jaki ten nastrój jest - to my wiemy
najlepiej/.../
Witrynę najlepiej oglądać
w Internet Explorer
zalecana rozdzielczość 1024 x 768